Menu

Wiatr z Południa

Blog o polityce oraz o ciemnych stronach Europy, o upadku Arkadii. Piszę o sytuacji we Włoszech i o Afryce, emigracji i kolonizacji, szukam odpowiedzi na pytanie - czym jest nasza zachodnia kultura i czy naprawdę zbliża się jej kres..? Mój blog wciąż się zmienia. Napisz, co o nim myślisz - anetakruk@gazeta.pl

O CZYSTOŚCI I PORZĄDKU

anetakruk

Od kilku tygodni w Rzymie, w okolicy, w której mieszkam od lat, rozgrywa się taka oto scena:


Wczesnym rankiem przybywają młodzi mężczyźni i kobiety, taszcząc ze sobą plastykowe worki z rozmaitymi rzeczami, rozkładają koce na chodniku i rozpoczyna się handel. Większość owych rzeczy została wcześniej wyciągnięta ze śmietnika, a tam, wiadomo, ludzie wyrzucają różne rzeczy, znajdzie się czasem i okazja – markowy ciuch w niezłym stanie, buty ze skóry, a we Włoszech kryzys w pełni, więc ktoś czasem coś kupi.


Po kilku godzinach na miejsce przyjeżdża Polizia Municipale, czyli tutejsza Straż Miejska. Towarzystwo szybko zwija koce, błyskawicznie pakuje swój dobytek do plastykowych worków i zwyczajnie ucieka. Pod blokami, barami tworzą się wtedy malownicze grupki – ludzie stoją i czekają, aż Municipale się znudzi i odjedzie, a wtedy oni natychmiast wracają na swoje miejsce i cała zabawa zaczyna się od nowa. Każdy dzień wygląda tak samo.


Czasem przy owym barwnym, nielegalnym rynku parkują samochody, których właścicieli trudno by posądzić o kłopoty z pieniędzmi – Mercedesy, Audi, BMW. Wychodzą z nich elegancko ubrani panowie lub panie (rzadziej) i kolejno podchodzą do ulicznych sprzedawców, zadając jakieś pytania. Nie interesuje ich zwartość worków, szukają Okazji. Okazja to na przykład najnowszy iPhone za sto euro, lub oryginalny Rolex bez gwarancji za trzysta. Gdyby ktoś zapytał sprzedawcę, skąd ma te przedmioty, to usłyszałby historię o niebywale szczęśliwym znalezisku na ulicy, ale prawda jest oczywista – są to rzeczy skradzione.


Wszystko tu jest jasne i proste – handel nielegalny, a pod jego płaszczykiem odbywa się sprzedaż przedmiotów skradzionych, a to właśnie drobne kradzieże i włamania, a także napady w biały dzień i przy użyciu broni są wielką plagą w Rzymie. Zdumiewa jednak całkowita bezsilność policji (która czasem się tu pojawia, a na widok której handujący znikają z podziwu godną skutecznością) i włoskiej Straży Miejskiej. Prawie wszyscy handlujący to imigranci, prawie wszyscy mają ciemną skórę – Egipcjanie, Etiopczycy, Syryjczycy, kilku rumuńskich Romów.


Jeszcze kilka lat temu okoliczni mieszkańcy, w większości rodowici (co to właściwie znaczy?) Rzymianie irytowaliby się na rząd, na władze miasta, na policję. Dziś zdumiewa poziom nienawiści i agresji wobec handujących. Od okolicznych sklepikarzy i przechodniów, pytanych o opinię, usłyszałam cały wachlarz obelg i przekleństw rodem z podręcznika neonazistów, wśród których określenia "do gazu", "wystrzelać wszystkich" wydały mi się najłagodniejsze. Agresja i niechęć wobec nielegalnych hanldarzy jest tak silna i powszechna że nieomal namacalna. I z całą pewnością nie pomaga to, że wczesnym popołudniem, kiedy handel się kończy, na ulicy poniewierają się nieszczęsne resztki nieudanych transakcji - tam dopiero można odnaleźć cały wszechświat odpadków - fragmenty kabli, wtyczki, ciuchy, zniszczone buty, i tysiące innych rzeczy. Całość wygląda jak jeden wielki śmietnik.

Pewnego dnia zaczepiłam takiego samozwańczego handlarza na ulicy, pytając z ciekawości, dlaczego, skoro już handlują nielegalnie, nie sprzątają po sobie. Zaczepiony mężczyzna, jak się okazało Egipcjanin około pięćdziesiątki, wzruszył tylko ramionami. Odparł, że to nie jego wina, tylko tych "brudasów z Afryki" (zastanowiłam się, czy Egipt wciąż leży tam, gdzie ostanio go widziałam, czy coś się być może zmieniło).

Mężczyzna okazał się byłym właścicielem firmy w Rzymie, którą prowadził przez ponad piętnaście lat. Kiedy przyszedł kryzys i firma utonęła w długach, mój rozmówca zerwał kontakty ze swoją rodziną w Egipcie, a teraz sypia na ulicy i dorabia w ulicznym handlu. Egipt, jak mi namiętne wyjaśniał, leży "prawie" w Europie i różni się zasadniczo od reszty Afryki, gdzie panuje chaos, nieporządek i bezprawie.

Przypomniał mi pewnego Rzymianina wyrażającego się z równą pogardą o Neapolitańczykach, którzy podobno byli "prawie Afrykańczykami", czyli "z natury" byli w jego opisie brudasami, w większości przestępcami, którzy nie szanują prawa. Zastanawiam się, czy są jacyś Szwedzi, Norwegowie lub Duńczycy, którzy tak postrzegają Polaków.

Pominę aspekt poszanowania prawa przez tak zwane "ludy globalnego Południa", bo o tym o wiele mądrzejsi ode mnie napisali wielotomowe traktaty, ale chcę się zastanowić nad tą dychotomią - brudasy i nie-brudasy, do której wciąż się wszyscy odwołują. Skąd się bierze ta obsesja czystości? I ta "czystość" podniesiona do rangi narodowego dobra, dotyka każdego aspektu życia - od czystego chodnika pod stopami do czystości rasy, ale wydaje mi się, że w gruncie rzeczy wyrażamy tak atawistyczną chęć bycia oddzielonym - nie tylko od tego, co inne, ale i od tego co ludzkie, co fizjologiczne, co w naszej cywilizacji coraz bardziej jest wyparte.

W Polsce widać to szczególnie na ogrodzonych, strzeżonych osiedlach lub na plażach, kiedy to oddzielamy się od siebie wzajemnie parawanami. Co będzie, kiedy do Polski kiedyś zawita kryzys? Co będzie, jeśli na utrzymywanie sterylnej czystości nie starczy pieniędzy, czasu ani sił? Co będzie, jeśli pojawią się bezdomni na ulicy, grzebiący w śmietnikach starzy ludzie, napisy na murach ogrodzonych osiedli? To oczywiste, że kryzys dotyka najpierw najsłabszych - czyli właśnie imigrantów.

Nie zrozumcie mnie źle - uważam w przypadku ulicznych sprzedawców, że siły porządkowe w Rzymie powinny poradzić sobie z nielegalnymi straganikami, jednak chcę zwrócić Waszą uwagę na coś innego. Po ostatnim "niespodziewanym najeździe" policji, ulicę, gdzie handlowano nielegalnie, po raz kolejny wysprzątano, a nawet poddano dezynfekcji. Oczywiście dzień później handel kwitł w najlepsze, więc wszystkie te bezcelowe i bezsensowne działania jeszcze zwiększyły frustrację i złość mieszkańców.

Co Wy o tym myślicie? Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii.

Komentarze (6)

Dodaj komentarz
  • danekstraszynski

    Opisane przez Ciebie zjawisko obserwowałem przed kilku laty w Wenecji. Czarnoskórzy handlowali podrobionymi "markowymi" torebkami, nawet na przeciwko oryginalnego markowego sklepu. Towar leżał na prześcieradle, czystym. Nagle, pozornie bez powodu bywał zawijany w prześcieradło i sprzedawcy z minami niewiniątek znikali powoli bez stresu za rogiem. Pojawiali się na chwilę mundurowi, wymieniali nawet uśmiechy z "kupcami" i odchodzili. Prześcieradła wracały. Miałem wrażenie, że "teatralna impreza" była jednak organizowana przez normalnych Włochów, którzy dbali o dostawy towaru i bezpieczeństwo.

    Kiedyś w okolicy Reggelo SW od Florencji trafiłem przypadkiem na wiejski targ. Sprzedaż odbywała się z samochodów dostawczych. Dżinsy za 12 euro za sztukę itp.
    Nagle podjechał nowiutki porsche panarema. Kierowca poszedł do handlarzy. Rozmawiali, coś przechodziło z ręki do ręki. Wrócił do mostku, gdzie stało porsche, a siedziałem na kamiennej balustradzie. Kiedy usiadł koło mnie zobaczyłem na jego szyi skomplikowane tatuaże. Okazało się, że bywa w Niemczech i mówi po niemiecku, więc mogliśmy sobie porozmawiać. Nagle zdzwonił telefon. Zrozumiałem jak mówi po włoski. "Dziękuję. Tak, tak, nie zapomnę... Dziękuje." Podszedł do najbliższego handlarza. Ten zaczął zwijać interes. W ciągu kilkunastu minut odjechali wszyscy. Po półgodzinie nadjechała policja. Po targowisku nie było śladu.

    Trudno nie podejrzewać, że szara strefa czuje się we Włoszech znakomicie, a cudzoziemcy są tylko podwykonawcami sprytnych tubylców.

  • anetakruk

    @danekstraszynski
    Dokładnie tak.
    Nawet nie śmiem spytać, czy tacy wędrowni sprzedawcy zdarzają się w Niemczech, bo nic o tym nie wspominasz. Rozumiem, że to nie do pomyślenia. ;-)
    Niestety, we Włoszech poza rzeczami skradzionymi na takich zaimprowizowanych targowiskach odbywa się też handel narkotykami. I to , wyobraź sobie, 10 minut od centrum, w biały dzień na oczach wszystkich.

  • viridianathewitch

    Ja mam tylko taką małą refleksję - zawsze za kulisami tragedii małych i biednych stoją tuzy, które potrafią w tej tragedii znaleźć swój zysk. Lub wykorzystać w inny sposób - marketingowo, finansowo, roboczo, społecznie - pełen wachlarz, jak można dorobić się na cudzym nieszczęściu. Tak naprawdę, to nikomu z możnych tego świata nie chodzi o maluczkich tego świata. Muszą mieć w tym interes.
    Ohyda.
    Ściskam ciepło.

  • danekstraszynski

    aneta, trudne pytanie. Nie znam dokładnej odpowiedzi. Szara strefa istnieje w Niemczech. Podobno knajpiarze płacą za mało podatków. Kiedy pomyślę o Deutsche
    Bank, którego szefowie ostatnio nie opuszczają sali sądowej, albo dziecinnie naiwny i głupio arogancki przekręt VW... Ciekawe, że właśnie Amerykanie, odsądzani często "od czci i wiary" wykrywają najwięcej przekrętów w Europie.

    viridiana, więc nie wszystkie tuzy stoją po stronie zła.

  • viridianathewitch

    @danekstraszynski - nie wiem, czy należałoby zacząć od definicji zła, czy może przyjąć, że czasem przy ich własnym biznesie, przedmiotom tego interesu coś skapnie i to jest to dobro..?

  • anetakruk

    @viridiana i @danekstraszynski bardzo ciekawa wymiana zdań, prawie jak w klasycznej dyskusji między liberałem ekonomicznym a socjalistą. Dla jasności - zgadzam się z Viridianą, słabszym przedmiotom interesów dużych i mocnych graczy raczej coś "skapuje" i to dość skąpo, a dodatkowo coraz częściej odpowiedzialność za ów interes jest przesuwana jest na słabszych. Mam tu na myśli nie tylko szarą strefę i wykorzystywanie imigrantów do sprzedaży nielegalnych rzeczy, ale i zmuszanie ludzi do zakładania własnej firmy, zamiast dawania mu normalej umowy o pracę. Mówi się dużo, że są to umowy śmieciowe, czyli do niczego nieprzydatne, ale drugą stroną takiego układu jest to, że "pracownik' często ponosi odpowiedzialność, czasem także karną za decyzje, na które naprawdę nie ma żadnego wpływu. Pozdrawiam Was oboje.

© Wiatr z Południa
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci