Menu

Wiatr z Południa

Blog o polityce oraz o ciemnych stronach Europy, o upadku Arkadii. Piszę o sytuacji we Włoszech i o Afryce, emigracji i kolonizacji, szukam odpowiedzi na pytanie - czym jest nasza zachodnia kultura i czy naprawdę zbliża się jej kres..? Mój blog wciąż się zmienia. Napisz, co o nim myślisz - anetakruk@gazeta.pl

Wiatr z południa wieje w stronę nowych mediów

anetakruk

Piszę już na tym blogu od kilku lat - raz lżej, raz poważniej - o Polsce, o Włoszech, o polityce, o imigiracji i o Europie. Teraz przyszedł czas na nowe wyzwania i na nowe przygody. Ja i Anna Popiel postanowiłyśmy opowiedzieć Wam w nieco lżejszej formie o mieście, w którym żyjemy. Na naszym kanale Youtube znajdziecie także naszą wspólną relację z podróży do dotkniętej trzęsieniem ziemi Umbrii. Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii! Pozdrawiam wszystkich!

https://www.youtube.com/channel/UCekzX0ReEFTlaopCfbZJikA

 

WŁOCHY I POLSKA - na jednym wózku

anetakruk

Rzym, 8 marca, Strajk kobiet

 

To z całą pewnością nie jest czas milczenia, to czas w którym każdy powinien głośno krzyczeć. Póki jeszcze można.

 

Przez lata, tu na tym blogu krytykowałam włoską politykę – że wsobna, że infantylna, że zamiast twardo bronić swych interesów w UE, niepotrzebnie przerzuca odpowiedzialno za swe problemy na instytucje unijne, odsądza od czci i wiary Angelę Merkel, o wszystko obwinia Euro, jakby w tworzeniu Unii, nie brali udziału włoscy politycy. Coś jednak ostatnio zaczęło się zmieniać na lepsze. Wreszcie, zamiast narzekać na Europę, jakby była jakąś nieokreśloną bliżej odległą, zewnętrzną ciemiężycielką, Włosi nagle przypomnieli sobie, że, jeśli tylko zechcą, mogą wziąć udział w najważniejszych jej decyzjach. Niemcy tylko na to czekali. Merkel nie jest typem polityka, który ma ochotę na niesienie odpowiedzialności za UE na swoich plecach w czasie, gdy wszyscy jej marudzą nad głową.

Tak więc stało się – w Wersalu przywódcy Niemiec, Francji, Włoch i Hiszpanii zdecydowali się na głębszą integrację. Po tej deklaracji reszta państw mogła już tylko ustosunkować się do tego wyboru – albo wsiadają do nowego, szybszego unijnego pociągu, albo zostają na peronie. Polacy jeszcze sobie dobrze nie zdają sprawy z tego, co to dla nas oznacza i to naprawdę najbardziej mnie przeraża.

Powszechny wybuch euforii po klęsce polskiego rządu w wyborach na przewodniczącego Rady Europejskiej i wygranej Donalda Tuska odwróciła uwagę opinii publicznej od prawdziwych zagrożeń, jakie czyhają na nas na horyzoncie. Zdecyduję się na wariant dość kontrowersyjny – moim zdaniem za rok, dwa lub trzy Jarosław Kaczyński skazany jest na porażkę tak czy inaczej, a składa się na to wiele czynników. To jest człowiek, który niestety nigdy nie powinien był dostać w swe ręce władzy. Nie panuje nad emocjami, a jedynym jego politycznym paliwem jest głęboko uguntowane poczucie klęski i przegranej w przeszłości. Dodatkowo po katastrofie Smoleńskiej w tym człowieku coś się bezpowrotnie złamało, co dziś sprawia, że Kańczyński postępuje irracjonalnie i nieodpowiedzialnie.

Lecz zadajmy sobie dziś pytanie – co dalej?

Odjazd Unii Europejskiej w nieznanym kierunku to materiał na tyle negatywnych scenariuszy, że aż strach o tym pisać. Włoskie media, co mnie bardzo zaskoczyło, szeroko komentowały spór polskiego rządu o stanowisko przewodniczącego RE, choć komentatorzy dość zgodnie pukali się palcem w czoło. Nazajutrz po wygranej byłego polskiego premiera, włoskie gazety nie napisały już o tym ani słowa. Pełne były za to analiz co do przyszłości Unii i nie było w nich już o Polsce ani słowa.

Jeśli najbogatsze państwa pojadą swoją drogą, a my zostaniemy w tyle, bardzo prawdopodobny jest scenariusz, że dostaniemy od Unii mniej pieniędzy. Brexit może stać się pretekstem do renegocjacji aktualnej perspektywy finansowej UE, co byłoby już dla nas zupełną porażką. Nikt z nas nie jest w stanie przewidzieć, jak wówczas ułożą się zdania Polaków i Polek odnośnie chęci pozostawania w strukturach Unijnych. Być może więc, po PiSie nie przyjdzie rządzić Donaldowi Tuskowi lub opozycji, lecz władzę dostanie w swe ręce Kukiz lub gorzej jeszcze, jakiś twór, którego jeszcze nie znamy, stworzony z najconalistów, pseudokibiców i innych tego typu środowisk? Jakie argumenty wtedy będą mieli zwolennicy Unii Europejskiej, aby pozostać w jej strukturach? A co, jeśli okaże się, że Unia, odarta z jej finansowego seksapealu, nagle przestanie się Polakom podobać? Dziś nie ma już w Watykanie Karola Wojtyły, który mógłby przeciągnąć poparcie polskich katolików na szalę Unijnego zwycięstwa. Co, jeśli naprawdę przyjdzie nam w przyszłości walczyć nie tylko o demokrację, niezależne sądy, autorytet Trybunału Konstytucyjnego, ale także o naszą przynależność do zachodniej Europy?

Jest kilka, bardzo słabych światełek w tunelu.

Przede wszystkim ciągłe protesty. Nie wiem, jak to wygląda z perspektywy Polski, wyobrażam sobie, że KOD słabnie, mniej jest masowych manifestacji, które jednorazowo przyciągają tłumy w centrach miast. Ale z mojego punktu widzenia, Polska pulsuje gniewem, protestami i oporem. Ten opór czasem jest manifestacją siły, jak największe marsze KODu, czasem jest jak niespodziewany jak zwycięskie tsunami strajków kobiet, czasem też jest niesłychanie bolesny i dramatyczny, jak wydarzenia przed sejmem w grudniu zeszłego roku. Kiedy wydawało się już, że Polska demokratyczna przysypia, że się poddała, że czeka w milczeniu na wybory za trzy lata, nagle znów nastąpiło przebudzenie – na wczorajszej miesięcznicy smoleńskiej ludzie skandowali "Donald Tusk", a do Kaczyńskiego wołali "będziesz siedzeć". Kiedy obserwuję to z mojego ciepłego, bezpiecznego mieszkania w Rzymie, dreszcze przechodzą mi po plecach. Za każdym razem bowiem emocje w tych protestach są na odrobinę wyższym poziomie. I nie, nie możemy się łudzić – to jest nasza wina, nie Kaczyńskiego. Taki człowiek nigdy nie powinien był zostać wybrany i za ludzi, którzy głosowali na niego w desperacji, nie widząc alternatywy, my też ponosimy odpowiedzialność. To są nasi rodacy. Nie możemy dać się podzielić.

Przez lata obserwowałam bezsilny gniew Włochów, zawstydzonych i oburzonych tym, że na świecie są reprezentowani przez Silvio Berlusconiego. Chcieli odsunięcia go od władzy, chcieli go wsadzić do więzienia, ukarać. Ale nawet gdyby to im się udało, to przecież nie można uciszyć nagle tej części społeczeństwa, która na niego głosowała, prawda? Trzeba ją przekonywać do swoich racji. To nie Berlusconi było problemem, lecz ci, którzy identyfikowali się z jego polityką.

Dziś, najlepsi politolodzy włoscy prorokują wielki powrót Silvio. Być może w przyszłych wyborach powalczy on o władzę z Beppe Grillo. Wtedy już naprawdę sama nie wiem, komu będzie trzeba kibicować. Oby Polska za trzy lata stanęła przed wiele lepszą alternatywą. Co ja piszę! Oby jeszcze miała jakąś alternatywę.

 

PSEUDOKIBICE IDĄ PO NAS

anetakruk

 

Zacznę górnolotnie – jestem, do cholery, Polką, kibicką i feministką. I Europejką, jak mawiała nieodżałowana redaktor Janina Paradowska. Między mną a piłką nożną jednak wiele się popsuło od tamtych pamiętnych dla mnie Mistrzostw Świata w USA w 1994. Nie mogłam kibicować Polakom, to kibicowałam Włochom i tak zaczęła się moja przygoda z Italią. To wszystko wina Roberto Baggio, mojej wielkiej, młodzieńczej miłości.

Ale futbol od tamtego czasu zmienił się bardzo. Dziś jego symbolem dla mnie są efekciarskie fotki Ronaldo na tle nowej fury. Pustka i blichtr. W Polsce wciąż jeszcze wielu wierzy, że epatowanie kasą jest równe awansowi społecznemu. Pod tym względem niewiele się zmieniło od słynnych „fura, skóra i komóra”, które królowały na polskich ulicach w latach 90. Dziś wygląda to podobnie, choć fury są znacznie lepsze od sprowadzanych wówczas z Niemiec starych gratów, skóry zastąpiły markowe ciuchy i torebki za tysiące złotych, za którymi ludzie zabijają się w Lidlu, a komóra to dziś elegancki smartphone z wyższej półki. Polski kapitalizm w wydaniu 2.0, choć nie mniej obciachowy.

W ciągu pierwszych lat spędzonych w Rzymie, bardzo mnie dziwiło to, jak wielu Włochów podkreślało swój dystans do piłki nożnej, co mnie się nie mieściło w głowie. Dla mnie Włochy były stolicą i ojczyzną tego sportu.

Dziś patrzę na to zupełnie inaczej. Dziś, kiedy tyle się dyskutuje o nierównościach społecznych, o biedzie, o ludziach uciekających przed wojną, zarobki piłkarzy wydają mi się niestosowne i przesadzone. Podobnie oderwane od rzeczywistości wydają mi się pieniądze, które kluby płacą za piłkarzy. Jeśli ktoś z Was uważa, że wolny rynek jest tu bez winy i skoro ktoś płaci, to widocznie wie, jak na tym zarobić, to mogę się z tym zgodzić. Właśnie dlatego nie chodzę już na mecze, nie kupuję pakietów TV z piłką nożną, ogólnie staram się nie dokładać moich pieniędzy tam, gdzie według mnie jest ich zdecydowanie za dużo. Co więcej uważam, że te zbyt wielkie pieniądze psują piłkę nożną, a mój pogląd podziela wielu Włochów. To absurdalnie wielkie pieniądze i absolutny brak zasad doprowadziły do wielkich skandali z korupcją w tle w FIFA i UEFA. Dziś dla mnie futbol nie przedstawia sobą żadnych wartości. Z pięknej idei piłka nożna stała się maszynką do robienia pieniędzy, zdegenerowaną, zepsutą kliką interesów i powiązań, które doprowadziły nas do punktu, w którym na gospodarza MŚ na rok 2018 została wybrana... Rosja. W obliczu tego, co dzieje się w Syrii i na Ukrainie to brzmi jak antyteza wszystkich tych wartości, które sport miał niegdyś odzwierciedlać. Gdyby ktoś z nas, Drodzy Czytelnicy przewidział taką przyszłość piłki nożnej jeszcze dwadzieścia lat temu, to nikt by mu nie uwierzył.

Ale nie o tym miał być ten wpis. Ten wpis miał być o kibolach.

Zacznę więc jeszcze raz – jestem Polką, kibicką (tak, wciąż mimo wszystko nią jestem) i czuję się dogłębnie upokorzona i zawstydzona tym, co zrobili pseudokibice Legii Warszawa przed meczem w Madrycie. Nie jestem i nigdy nie byłam kibicką Legii, nie interesuję się nawet polską ligą, nie pamiętam, kiedy ostatni raz obejrzałam mecz Champions League, ale wciąż, niestety lubię ten sport, czuję się częścią wielkiej społeczności ludzi na całym świecie, którzy kibicują swoim drużynom. Oglądałam mecze Polaków na ostatnich mistrzostwach i dostarczyły mi one wiele emocji, ale jeśli choć w najmniejszym stopniu miały by one być pokrewne z tym, co zaprezentowali antykibice w Madrycie, to chyba już wolę przełączyć telewizję na Mistrzostwa Świata w rzutkach. Dziękuję, postoję, jak mawia moja babcia.

I jeśli komuś się wydaje, że owa skandaliczna burda nie ma nic wspólnego z głaskaniem kiboli po łysych łebkach przez polski rząd przez ostatnie miesiące, to bardzo ale to bardzo się myli – ma. Kibole czują się w Polsce potężni i niezwyciężeni, obalili już zgodnie z zapowiedziami jeden rząd, więc teraz zachciało im się wywoływać wojenki w Hiszpanii. Co tam, może jutro przyjdzie czas na Paryż, a potem do Berlina droga otworem. A politycy polskiej pseudoprawicy nadal będą cmokać z zachwytem nad szczerym patriotyzmem młodych chłopców, którzy muszą się wyszumieć. Ze zgrozą patrzyłam, jak w Gdańsku w czasie pogrzebu Inki i Zagończyka wyprowadzany jest z tłumu Mateusz Kijowski, a wokół niego rozlegają się gwizdy i haniebne okrzyki. Nie mogłam znaleźć racjonalnego wytłumaczenia, co właściwie, do cholery, dzieje się z naszym społeczeństwem?!

Może odpowiedź nie jest taka trudna do odnalezienia, jeśli ktoś chce ją znaleźć. Nienawiść i pogarda zostały posiane wtedy, kiedy w odpowiedzi na słowa „cała Polska z was się śmieje” na pewnym wiecu rozległ się gromki krzyk „komuniści i złodzieje!”. Ta sama nienawiść została posiana, kiedy pewien polityk wspomniał o chorobach roznoszonych przez uchodźców. Ta sama nienawiść została posiana, kiedy inny polityk dzień po zamachu we Francji naśmiewał się z multi-kulti. Owoce tej nienawiści eksplodują na naszych oczach, a my udajemy, że tego nie widzimy – kiedy ktoś bije profesora, bo mówi po niemiecku, kiedy ktoś w Białymstoku podpala mieszkanie Czeczeńskiej rodziny, wreszcie kiedy nasza ukochana, narodowa młodzież tłucze w Madrycie hiszpańską policję.

Nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Już dziś za późno na puste groźby typu „idziemy po was”. Dziś być może przyszedł czas, kiedy to już idą po nas.

 

WSZYSTKO TO, CZEGO SIĘ JUŻ NIE DOWIEMY

anetakruk

 

Są takie rzeczy, których nigdy się nie dowiemy. I dobrze. Nigdy nie dowiemy się, jak daleko zaszedłby PiS z zamachem na polską praworządność, gdyby nie KOD i nigdy nie dowiemy się, jak dzisiaj wyglądałoby prawo aborcyne w Polsce, gdyby nie fantastyczne, polskie kobiety. Przyznajcie jednak, kiedy się głębiej zastanowić nad tym, co by było, gdyby Polacy nie wychodzili masowo na ulicę, aż człowiekowi dreszcz po plecach przechodzi.

Czarny Protest nie był przypadkiem, ani chwilową modą. Na Czarny Protest ciężko zapracowali wszyscy politycy – od prawa do lewa. Najlepiej obrazuje to transparent jednej z protestujących na całym świecie kobiet, który szczególnie utkwił mi w pamięci. Nienajmłodsza już dama trzyma w dłoniach tablice z takim oto napisem: I can't believe I still have to protest against this fucking shit, czyli "Nie mogę uwierzyć, że wciąż muszę protestować przeciwko temu pieprzonemu gównu". Chyba żadne hasło nie oddało tak trafnie tego, co i mnie kłębiło się głowie – naprawdę?! Serio?! Całkowity zakaz aborcji?! W drugiej dekadzie XXI wieku, kiedy już przyszedł czas, aby zliberalizować dotychczasowe prawo aborcyjne, to my dyskutujemy nad takim legislacyjnym potworkiem?!

Odzew na hasło do protestu przeszedł najśmielsze oczekiwania. Chyba nikt, nawet najwięksi optymiści nie spodziewali się takiej demonstracji kobiecej siły. I oto stało się to, co wydawało się niemożliwe – rząd się cofnął. Nie cofnął się przed Trybunałem Konstytucyjnym, przed Komisją Europejską, nie przestraszył się Komisji Weneckiej ani protestów KOD-u. To wielkie zwycięstwo dla polskich kobiet. Wielu dziś zastanawia się, skąd wzięła się energia dla Czarnego Protestu i ja się nad tym zastanawiam.

Tak zwany "kompromis aborcyjny" obowiązuje w Polsce od 1993 roku. Prawo w tym względzie pozostało takie same od lat, ale atmosfera wobec aborcji zagęszczała się z roku na rok. Czarny Protest sprawił, że na wierzch wypłynęły wszystkie ludzkie nieszczęścia, które owy "kompromis" spowodował. W Polsce kobiety umierają, bo nie chce im się dać prawa do aborcji, rodzą dzieci z gwałtów, nawet tych kazirodczych, czego dowodzi głośna ostatnio sprawa dwunastolatki. Nikt tego głębiej nie zbadał, nikt o tym nie pisze artykułów ani książek, ale ten bezmiar cierpienia jest, istnieje i im bardziej polscy politycy i Kościół katolicki chcą go zepchnąć do podziemia, tym bardziej owo cierpienie zamienia się w gniew. W ten pamiętny, wzruszający poniedziałek protestowały kobiety z całej Polski – bogate i biedne, z dużych miast i mniejszych, ze wsi i z metropolii, ramię w ramię. I wszystkie były jednakowo wkurzone. I ta wspólnota dała im siłę.

Zamożne kobiety z dużych miast nie poradziłyby sobie same tak samo, jak nie poradziłyby sobie te, które dotąd czuły się słabsze i bezbronne ze względu na brak ekonomicznych środków. Te ostatnie za ów "aborcyjny kompromis" zapłaciły największą cenę. Być może nie za rok, nie za dwa, ale za kilkanaście lat opowiedzą nam swoje historie – swoje, swoich matek, córek i sióstr. I wtedy przestaniemy się dziwić, skąd w kobietach takie wkurzenie.

Czarny Poniedziałek był też efektem wyjątkowo bezwzględnych, aroganckich rządów PiS. Był protestem wobec języka, którym od lat posługuje się polska tak zwana prawica, wobec bzdur pana Kukiza, pana Waszczykowskiego, pana Ziemkiewicza i całej reszty. Polska prawica ma pogardliwą twarz mężczyzny, to mężczyźni w większości piszą do prawicowych gazet, to mężczyźni są twarzą najconalistów, ONR-u, Kościoła katolickiego i polityków. Kobiety w tym gronie są tylko kwiatkiem do korzucha, przykrywką, wymówką. I ten represyjny, mizoginiczny język pogardy mężczyzn wobec kobiet wydał w Czarny Poniedziałek swoje owoce. Oczywiście, trzeba tu dodać koniecznie, że wielu panów solidarnie protestowało z polskimi kobietami i to też było fantastyczne. Ich wsparcie jest ważne.

Miejmy nadzieję, że Czarny Protest uświadomił nam na dobre, jakie są nasze prawa, dał nam siłę na przyszłość, aby wreszcie dostać to, do czego mamy pełne prawo – do aborcji. Tu nie chodzi o to, aby aborcję wychwalać, o nie, ale nie można jej też demonizować! Każda kobieta ma prawo do tej decyzji i nikt nie może jej do niczego zmuszać! Aborcja wbrew pozorom nie może być porównywana do szczepień, jak to czynią niektórzy, słysząc argument, że decyduje ten, czyje jest ciało. Szczepionka nie ma tak przemożnego wpływu na całe ciało kobiety, nie zniekształca go, nie osłabia, nie powoduje burzy hormonów, przymusowego urlopu z pracy i tysiąca innych rzeczy. Niechciana przez kobietę ciąża powoduje to wszystko i jeśli kobieta nie czuje się na siłach, nie powinna być zmuszana do rodzenia.

Miejmy nadzieję, że w zeszły poniedziałem nastąpiła rewolucja nie tylko na ulicach, ale także i w naszych głowach. Dziś wiemy, że o nasze prawa musimy walczyć i ta walka może się zakończyć sukcesem. Kto by pomyślał, że rządy PiS-u zrobią dla nas tyle dobrego?

 

Wszystkich zainteresowanych tym tematem zapraszam na mojego nowego bloga dotyczącego kultury, telewizji i seriali:

http://popwpis.blox.pl/html

 

Szczególnie zachęcam Was do przeczytania mojego wpisu dotyczącego aborcji:

 

http://popwpis.blox.pl/2016/09/PORONIONY-PLOD-ABORCYJNEGO-PRAWA-czyli-Boy.html

 

 

© Wiatr z Południa
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci