Menu

Wiatr z Południa

Blog o polityce oraz o ciemnych stronach Europy, o upadku Arkadii. Piszę o sytuacji we Włoszech i o Afryce, emigracji i kolonizacji, szukam odpowiedzi na pytanie - czym jest nasza zachodnia kultura i czy naprawdę zbliża się jej kres..? Mój blog wciąż się zmienia. Napisz, co o nim myślisz - anetakruk@gazeta.pl

MINISTER BŁASZCZAK O UCHODŹCACH

anetakruk

 

Włosy stają dęba na głowie od bzdur, które jednym tchem potrafi wyprodukować z siebie szanowny pan minister Błaszczak. I tylko się zastanawiam – on tak musi, tak myśli, czy jest przekonany, że to działa?!

 

Wróćmy na chwilę do tamtej pamiętnej chwili, kiedy to Angela Merkel zaprosiła do Niemiec uchodźców wojennych, co z uporem godnym lepszej sprawy, wciąż się jej wypomina zupełnie bezrefleksyjnie. Niemcy kiedyś skorzystają na tym otwarciu granic, a my stracimy i będziemy sobie pluć w przysłowiową brodę. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że tak się stanie, bo w Polsce tak już jest, że czasem wszyscy galopują w panice w jedną stronę, uderzają w ścianę, a potem się od niej odbijają – bez refleksji, bez wizji, bez rzetelnych analiz.

 

Imigracja to bogactwo. Pisałam już kiedyś na tym blogu o danych dotyczących imigrantów, ile potrafią wypracować, ile wnoszą do gospodarki, ile potrafią zaplacić w podatkach. Imigranci w Europie prowadzą firmy, dają pracę i są częścią gigantycznego organizmu ekonomicznego, o czym Angela Merkel doskonale wie, bo przecież nie jest głupia i potrafi liczyć. Każde państwo zachodnie, które pan Błaszczak tak krytykuje, w pewnym momencie swojego rozwoju zostało zmuszone do przyjęcia imigrantów, i nie z lewackiej głupoty, tylko z prostego, eknomicznego rachunku. I każde z tych państw na tym zyskało.

 

Także Wielka Brytania skorzystała na imigracji, CAŁEJ imigracji – na Polakach, Rumunach, Syryjczykach, i na milionach innych obcokrajowców, którzy tam żyją i płacą podatki. Kiedy minie ta epoka średniowiecza, a minie bezpowotnie, kiedy zabobony, gusła i nocne strachy, które kierują teraz ludzkimi przekonaniami odejdą w niepamięć i wróci nam zdrowy rozsądek, zrozumiemy, jaki wielki popełniliśmy błąd.

 

Europa się starzeje i nie ma na to rady. Potrzebujemy imigrantów, z Ukrainy czy skądkolwiek. To byłby racjonalny wybór. Gdybyśmy kierowali się rozsądkiem i zimną krwią, to Angelę Merkel, zamiast wyśmiewać, powinny były solidarnie poprzeć wszystkie państwa i przyjąć uchodźców. Gdyby wówczas zgodzili się z nią europejscy przywódcy, i tak większość z nich dobrowolnie udałaby się do Niemiec i innych bogatszych krajów. Akurat w Polsce mało kto chciał zostać. Mogliśmy mieć ciastko i zjeść ciastko, ale zamiast tego powtarzamy teraz bezmyślnie, że imigranci niczego innego nie pragną, jak utworzyć w Polsce prawo szariatu. Jakim cudem, ja się pytam?! Przy takiej przewadze naszych katolików, przy tej ilości parafii, przy naszej niechęci do imigrantów i ich niechęci do osiedlania się tutaj, to nigdy nie był rzeczywisty problem.

Pan Błaszczak raczył oskarżyć terrorystów, że kryją się między uchodźcami. Być może. Być może kryją się między nimi też złodzieje, mordercy, lub nawet pedofile, tak jak i są przestępcy wśród Polaków, którzy żyją na wyspach brytyjskich, tak jak i są przestępcy wśród Polaków we Włoszech. W każdej społeczności jest procent ludzi, którzy wcześniej czy później staną się przestępcami. Decydując się na odmowę azylu wszystkim bez wyjątku nie uchronimy się przed terrorystami. Nie ma takiego muru, który mógłby nas przed nimi uchronić, szczególnie jeśli lubimy podróżować. Przypominam, że statystyczny Europejczyk ma więcej szans na to, że zginie w wypadku samochodowym, niż że zginie na skutek zamachu, a samochody jakoś ciągle po europejskich drogach jeżdżą.

Terroryści to promil, a imigranci, uchodźcy, LUDZIE to bogactwo, z którego kompletną głupotą jest rezygnować. Kiedyś się o tym przekonamy, kiedy przypomnimy sobie o podstawach makroekonomii.

 

KONIEC ŚWIATA W AMATRICE

anetakruk

Conca di Amatrice, czyli kotlina o nazwie, którą przejmie później miasteczko, zamieszkiwana była już od prehistorycznych czasów.

Starożytni Rzymianie nazywali to miejsce Summa Villarum i do dziś zachowały się w tych okolicach pozostałości po budowlach i grobowcach z tej epoki.

W średniowieczu Amatrice dostaje się najpierw pod wpływy Księstwa Spoleto, a potem około roku 1265 staje się częścią Królestwa Neapolu. Amatrice walczy jednak z wpływami Neapolu. W latach 1271 i 1274 Karol I Andegaweński (król Sycylii, Neapolu, Jerozolimy i Albanii) wysyła wojsko, aby zdusić protesty mieszkańców. Jednocześnie w tym samym czasie wokół Amatrice kształtują się autonomiczne ośrodki władzy. Wpływy miasta rozciągają się na terytoria wokół, na pobliskie zamki i wioski.

Wieki XIV i XV to w historii Amatrice ciągła walka i spory graniczne z pobliskimi miastami. Do historii przeszły konflikty z Norcią, Arquatą, L'Aquilą. Tradycyjnym sprzymierzeńcem Amatrice pozostało Ascoli. W 1486 przyznane zostaje miastu prawo do bicia monety z napisem Fidelix Amatrix.

W wiekach XVI-XVII Amatrice dostaje się kolejno pod wpływy rodziny Orsini, Medyceuszy, by w 1759 wrócić do Królestwa Neapolu jako prywatne dominum króla.

To krótka wersja historii miasteczka Amatrice, sławnego na cały świat z dania zwanego Spaghetti all'Amatriciana.

Miasteczko Amatrice po trzęsieniu ziemi prawie nie istnieje. Setki lat historii zawaliły się w ciągu kilkudziesięciu sekund. Trzęsienia ziemi nie są nowe w tych okolicach. Powtarzają się co kilkanaście lat, w XVIII wieku liczba ofiar doszła niemal do siedmiu tysięcy.

Wstrząsnęły mną losy mieszkańców okolic dotkniętych trzęsieniem ziemi, ale i Rzymian, którzy spędzali wakacje w ponad stuletnim hotelu Roma, który również przestał istnieć. Sierpień to miesiąc, w którym Rzym się wyludnia, wielu mieszkańców przeczekuje upały w cieniu i chłodzie gór Umbrii. Wielu mieszkańców Rzymu pochodzi z tych okolic, ma tam swoje rodziny, przyjaciół z dzieciństwa, znajomych.

Sierpień pełen jest atrakcji, zabaw i festynów. Strona internetowa gminy Amatrice, z której zaczerpnęłam informacje o historii miasteczka, zatrzymała się w czasie. Na pierwszej stronie wciąż widnieje wiadomość o pięćdziesiątym Festiwalu Spaghetti all'Amatriciana, który miał się odbyć w najbliższy weekend.

Umbrię i okolicę znam bardzo dobrze, odwiedzałam miejscowości w pobliżu Norci wiele razy. Pamiętam, że temat trzęsienia ziemi pojawiał się wielokrotnie. Mieszkańcy wiedzą, że żyją w strefie najwyższego ryzyka w środku bardzo podatnego na wstrząsy Półwyspu Apenińskiego.

W ciągu roku okolice są w zasadzie wyludnione, zimne, opuszczone przez młodych, zamieszkane głównie przez starszych ludzi. SIerpień to miesiąc, w którym miasteczka te odżywają, tętnią życiem, pełne są rodzin z dziećmi, turystów, młodych ludzi, którzy upodobali sobie te strony na wycieczki motorami ze względu na kręte, górskie szlaki. Odbywają się festyny i festiwale - święta kiełbas, serów, trufli i setki innych, mniejszych i większych świąt, zachęcających turystów do odwiedzin.

Umbria to miejsce piękne, sugestywne i magiczne, mieszkańcy niezwykle gościnni, rozmowni i pełni fantazji. Jestem pewna, że podniosą się po tej tragedii i odbudują to, co odbudować można. Nawet Lady Gaga zaoferowała swoją pomoc.

W chwili, kiedy  piszę te słowa, ofiar tragedii jest 247. Łączę się w bólu z rodzinami ofiar i rodzinami zaginionych.

 

 

O EUROPEJSKICH MARZENIACH

anetakruk

Mam taki sen - marzą mi się paneuropejskie wybory, w których przy wyborze między na przykład Januszem Korwin-Mikkem a Angelą Merkel nie waham się ani chwili.

Świat pędzi z szybkością światła, wszystko wokół zmienia się jak w kalejdoskopie - nie zdążę dobrze przemyśleć jednego wydarzenia, a tu proszę, dzieje się coś ważniejszego, jeszcze bardziej wstrząsającego i tak każdego dnia. I jak tu komentować? Jak posługiwać się słowem pisanym, większą niż sto ilością znaków? Jak tu się zanurzyć w rzeczywistości, posmakować jej, przemyśleć, przetrawić? 

Zaczyna mi się marzyć kilka dni ciszy - bez telefonu, bez internetu, bez Brexitu, ME, zamachów w Europie. Mam wrażenie, że żyję w rzeczywistości wirtualnej, gdzie nic nie jest prawdziwe, gdzie żadne z tych, niesłychanie ważnych wydarzeń na skalę światową, nie ma wpływu na moje życie. Czuję, że wokół mnie świat się zmienia, tak naprawdę nie zmieniając się wcale.

A jednak szarej, niezmiennej codzienności towarzyszy niepokój, niepewność - koniec UE? Może nie dziś i nie jutro, ale może za rok? a może za dziesięć lat?

Otrząsnęłam się nieco spod wpływu infokracji i postanowiłam na spokojnie i na zimno przemyśleć całą tą aferę z Brexitem.

Kontakt z mieszkańcami dwóch krajów (w moim przypadku Włoch i Polski) obserwujących w napięciu to samo wydarzenie ma swoje dobre strony. Pozwala na dostrzeżnie tego, co czasem umyka, jeśli czerpie się wiedzę tylko z mediów. Oto bowiem wśród ogólnej wrzawy i rwania włosów z głowy, pod ostrzałem głosów publicystów prześcigających się w kreśleniu czarnych scenariuszy, do mnie dotarło, jak bardzo MY, EUROPEJCZYCY, byliśmy w tym wszystkim zjednoczeni. I jak bardzo jesteśmy do siebie wbrew pozorom podobni.

Niesłychanie trudno opisać owo podobieństwo, gdyż brak mi narzędzi opisu tego zjawiska. Mogłabym napisać, że ten ultraprawicowy wiatr w różnych odcieniach hulający po naszym kontynencie to właściwie ta sama ideologia, mogłabym napisać, że ci sami liberalni zwolennicy UE, sprzeciwiający się populistom mówią w zasadzie to samo - bez względu na to, czy mieszkają nad Tybrem, nad Wisłą, czy nad Sekwaną. Ale to nie wszystko. Zmiana jest bowiem głębsza i wychodzi poza ramy czystej polityki. Zjednoczenie dokonało się nie według granic naszego kontynentu, ale niejako w poprzek.

Kiedy opisujemy Unię, trudno nie posługiwać się kategoriami nacji. Rozkład sił w komisjach, głosowanie, fundusze, parlament - wszystkie te mechanizmy UE zostały wymyślone pod dyktando państw narodowych i bez znajomości tego klucza do naszego kontynentu, nie sposób zrozumieć mechanizmu działania Unii. Tymczasem wszystkie pomysły stworzone do wewnętrznego zjednoczenia Europejczyków - program Erasmus, otwarte granice, wspólny rynek, wykonały postawione przed nimi zadanie - tylko że nie potrafimy tego jeszcze dostrzec, gdyż do badań opinii publicznej posługujemy się znów kluczami narodowymi, które moim zdaniem są anachroniczne.  

Tego pamiętnego poranka 24 czerwca obudziłam się z pewnością, że Zjednoczone Królestwo zagłosowało w sposób rozsądny, czyli za pozostaniem w UE. Ową pewność, nim spojrzałam w internetowe czołówki gazet, dzieliłam z kilkuset milionami Europejczyków, którzy tak jak ja z niedowierzaniem patrzyli na wyniki. Łączyły nas te same emocje - niepokój o przyszłość, niedowierzanie i gniew. Tak samo wpatrywaliśmy się w ekrany telefonów, komputerów, TV, pierwszych stron gazet. Część z nas triumfowała, część była zaskoczona, zaniepokojona, by nie napisać - zszokowana. I w tych emocjach byliśmy niesłychanie do siebie podobni.

Tak bardzo zajęci jesteśmy na codzień narzekaniem na Brukselę, lub też odrotnie - narzekaniem na brak poczucia jedności wśród mieszkańców naszego kontynentu, że przegapiliśmy moment, w którym nasze dyskusje stały się identyczne i zadziwiająco jednomyślne. Jeszcze rok, dwa lata temu Polska i Włochy dyskutowały na zupełnie różne tematy. Dziś gazety i portale internetowe zapełnione są artykułami na ten sam temat - razem obawiamy się konsekwencji Brexitu, razem drżymy przed wygraną Trumpa, razem zastanawiamy się, jak stawić czoła temu wielkiemu wyzwaniu, jakim jest imigracja. I dochodzimy do niemal identycznych wniosków - że czeka nas wszystkich płacz i zgrzytanie zębów. Czy rzeczywiście?

Brexit ma być podobno wielką porażką Unii Europejskiej. Cóż, kiedy wynik jest do ostatniej chwili nie do przewidzenia, a głosujący niemal tak dokładnie podzieleni są na pół, popadanie w czarrnowidztwo jest dużą przesadą. I znów to samo - tak bardzo zapatrzeni jesteśmy w te 51,9% głosujących za Brexitem, że nie widzimy tych 48,1% głosujących ZA Europą! Ponad 48 procent Brytyjczyków głosowało ZA pozostaniem w Unii mimo kampanii pełnej kłamstw i manipulacji, mimo specyficznej roli outsidera, jaką zawsze pełniła Wielka Brytania w Unii Europejskiej, mimo tej powszechnej zarazy naszych czasów czyli imigrantofobii, ksenofobii i innym, nacjonalistycznych plag. WIęcej nawet - większość młodych ludzi głosowała za pozostaniem w UE - czy to nie powinno być pozytywnym sygnałem dla nas wszystkich?

Tuż po Brexicie odbyło się posiedzenie Parlamentu Europejskiego, na którym wzruszające przemówinie szkocjego posła Alyna Smitha spotkało się z aplauzem na stojąco. Poseł ten apelował o to, aby Unia nie zostawiała Szkocji samej. Słusznie. Ale czy Unia powinna zatem porzucić wszystkich tych Anglików, którzy głosowali za pozostaniem w jej strukturach? Pamiętajmy o tych 48,1%. To wielka nadzieja na przyszłość. Skoro Unia to porażka, skoro integracja 28 państw, które jeszcze nie tak dawno zabijały się na wojnie, to skąd te 48,1%? Zjednoczona Europa rodzi się w bólach na naszych oczach, tylko że jest jeszcze młoda i słaba.

Kiedy przychodzi nam oceniać działanie UE zwykle odwołujemy się do problemów globalnych - oceniamy czy radzi sobie z Rosją, z polityką wobec imigracji, z zamachami terrorystycznymi, etc. A mnie marzy się reportaż z prawdziwego zdarzenia opisujący Unię "od dołu". Czy komuś przyszło do głowy zapytać mieszkańców przygranicznych miasteczek i wsi, co myślą o ewentualnym przywróceniu granic? Czy po niemal trzydziestu latach działania Układu z Schengen ktoś potrafi na serio wyobrazić sobie przywrócenie w tych miescach kontroli paszportowych?

Kiedy w kwietniu tego roku, z powodu przybywających do Austrii imigrantów Wiedeń zdecydował się na czasową kontrolę paszportów na granicy włosko-austriackiej, w Brennero wybuchły protesty. Młodzi z Włoch, Niemiec i Austrii protestowali wspólnie, ramię w ramię przeciwko decyzji austriackich polityków. Ale próżno szukać tej wiadomości w prasie "europejskiej". Dziennikarze narzekający, że politycy Brukseli oderwali się od rzeczywistości, zapominają często przyglądać się temu, co dzieje się w Europie, wśród jej zwyczajnych mieszkańców, zamiast wpratrywać się wyłącznie w profile Twittera Junckera czy Tuska.

Paradoks z Unią polega na tym, że niestety nie potrafimy przeskoczyć granic. Więcej mają ze soba wspólnego mieszkańcy wielkich miast Europy, tolerancyjni, proeuropejscy, wykształceni, otwarci i dość zamożni z różnych krajów naszego kontynentu niż na przykład Polak głosujący w poprzednich wyborach na PO ze swoim rodakiem głosującym na Korwina. Pałający nienawiścią do "ciapatych", wygrażający pięścią polski pseudokibic bardziej nienawidzi własnych rodaków, zwolenników przyjmowania imigrantów, określając ich pogardliwie "lewakami" niż kolegi z Rosji, który nawołuje do bicia geja.

Integracja Unii Europejskiej zaowocowała nacjonalizmami i bolesnymi podziałami w poprzek narodów. Mamy dziś kłopoty z ultrakonserwatystami nie dla tego, że Europa się nie potrafiła zjednoczyć, tylko dlatego właśnie, że część kontynentu jest już właściwie zintegrowana. Jak duża to część? W Wielkiej Brytanii to dokładnie 48,1% obywateli chcących głosować w tej sprawie.

Mam szczęście pracować w grupie ludzi pochodzących z różnych krajów Europy i bardzo zaskoczyło mnie, jak w sprawie Brexitu podzieliliśmy się dokładnie na pół i, co ważniejsze, ten podział nie miał nic wspólnego z geografią. Część z nas czuła się zaniepokojona i miała nadzieję, że takich referendum nie będzie już w żadnym innym, europejskim kraju, a druga część tryumfowała i o wszystko obwiniała Brukselę.

Tak, moim zdaniem Europa jest podzielona, ale nie na narodowości, ale na pół - część Europejczyków chce dalszego zjednoczenia, pozostali chcą państw narodowych. Tych pierwszych łączy przywiązanie do praw obywatelskich, wolności słowa, liberalnej demokracji, tych drugich łączy konserwatyzm, strach przed imigracją, globalizacją, dlatego daleko bardziej są oni przywiązani do idei narodowościowych i konserwatywnych.

Jakże podobnie brzmią idiotyczne hasła głoszone przez zwolenników Brexitu o "odzyskaniu kontroli" do haseł polskich konserwatystów wstawiających słowo "suwerenność" w co drugie zdanie.

Oczywiście - to są wszystko moje tezy na potrzeby tego wpisu, moja opinia nie jest podparta żadnymi badaniami, żadnymi sondażami poza samym Brexitem, więc służyć może tylko jako ciekawostka, jako wstęp do dyskusji. Poza tym przyznam wam się szczerze - czarnowidztwo i pesymizm w komentarzach w prasie na całym naszym kontynencie budzią we mnie wrodzoną przekorę i ciekawość - czy nie przegapiliśmy przypadkiem czegoś ważnego, co dotyczy nas bezpośrednio?

Marzą mi się paneuropejskie wybory, gdzie Europa zaproponuje mi coś więcej niż wybór między Kukizem, Korwin-Mikkem, Jarosławem Kaczyńskim i Grzegorzem Schetyną.

 

 

 

 

 

 

 

MNIEJSZE ZŁO

anetakruk

Kampania wyborcza prawie się skończyła, czas na decyzję. Z tej okazji pozwolę sobie na nieco ekshibicjonizmu.

Najpierw – najłatwiej – na kogo NIE ZAGŁOSUJĘ na pewno. Nigdy nie zagłosuję na Korwina ani na Kukiza, nigdy nie popełniłam tego błędu i już chyba nie popełnię. Gdyby nastąpił koniec świata i musiałabym wybierać, to jednak najbardziej NIE zagłosowałabym na Korwina. To, że za jego programem stoją młodzi ludzie, od biedy można jakoś usprawiedliwić – brak im doświadczenia, brak porażek na koncie, w tym wieku wciąż wierzą oni że będą żyli wiecznie w zdrowiu. Ale tego że nerwowy, podstarzały pan popycha młodych ludzi do społecznego samobójstwa, już wybaczyć nie mogę. Litościwie pomińmy opinie Korwina o kobietach, imigrantach, gejach i innych genderach. Bardzo mnie rozbawiła informacja, z jaką uprzejmie się z nami podzielił pan Korwin-Mikke, jakoby profesor Płatek twierdziła, że w związkach gejowskich rodzi się więcej dzieci niż w tych dwupłciowych. No coż, panie Korwin-Mikke, lata nie te i słuch już nie ten.

Mniej, ale wciąż bardzo NIE zagłosowałabym na Kukiza. Bo to niezły muzyk. I więcej napisać nie mogę, bo nie chcę tu nikogo obrażać.

Na upartego można znaleźć kilka ciekawych propozycji podawanych przez PiS. W warstwie słownej potrafią upomnieć się o pracownika, o ludzi biednych, przeciwstawić się wielkim korporacjom i kapitałowi. Ale gdyby tylko do tego ograniczał się program PiSu, niestety, znamy tą partię także z tej mniej przyjemnej, narodowo-katolickiej strony, której strawić nie sposób. Wystąpienie byłego premiera polskiego rządu Jarosława Kaczyńskiego na temat imigrantów, chorób i zarazków zdyskwalifikowało go w moich oczach na zawsze. Wskazuję na niego, gdyż o pani Szydło czy o prezydencie Dudzie wiem niewiele. Choć zawetowanie przez tego ostatniego ustawy o zmianie płci – pośpieszne i mało empatyczne dużo mi o nim mówi. Nie, na PiS na pewno nie zagłosuję.

Zostaje Nowoczesna, Zjednoczona Lewica, Razem i nieszczęsna, post-tuskowa PO. Acha i jeszcze PSL, ale skrajnych konserwatystów odrzuciłam już na początku, więc nie będę do nich wracać niepotrzebnie. Niech sobie na PSL głosują rolnicy, zwolennicy rozmaitych, mało humanitarnych ubojów, masowych hodowli drobiu, kaczek i w ogóle PSL kojarzy mi się z krwiożerczym myśliwym, który strzela do wszystkiego, co się rusza, a potem zwłoki wysyła na eksport do Unii. Może to niesprawiedliwe, ale ostatecznie to mój popis ekshibicjonizmu i ja tak to widzę.

Pan Petru to człowiek rozsądny, wie o czym mówi i potrafi to wytłumaczyć. W dodatku na sprawy światopoglądowe ma poglądy liberalne. Ale pan Petru jest typowym przedstawicielem bogatej, najedzonej klasy średniej, a wiadomo, że najedzony głodnego nie zrozumie. I w tym temacie tyle.

PO to partia tak nudna, że jak tylko któryś z jej polityków zaczyna coś tłumaczyć, to człowiek zaczyna ziewać. W kategorii najnudniejszych polityków z pierwszysch stron gazet o pierwsze miejsce mogą z powodzeniem walczyć pani premier Kopacz i, o ironio, być może przyszły przewodniczący PO pan Grzegorz Schetyna. Niezłą pętlę na szyję gotuje sobie ta partia. Kiedy wsłuchiwałam się w debatę sejmową na temat uchodźców, w trakcie przemawiania Schetyny mój umysł samowolnie odpływał w dalekie rejony, mimo kilkakrotnego przywoływania go do porządku. A teraz poważnie. Jeśli ktoś twierdzi, że nie można NIE głosować na partię, która jest nudna tylko z tego jedynego powodu, to ja się z nim zgadzam. Nudne rządy mają mnóstwo zalet. PO rządziła dotąd nieźle, z małymi, światopogladowymi wyjątkami i pod kościelnym butem, ale nieźle. W dodatku, kiedy już ostatecznie podjęłam decyzję, że na PO po raz trzeci NIE zagłosuję, to partia ta przedstawiła program, który jak na złość nie tylko jest lewicowy, ale i spójny, oraz możliwy do wykonania bez zadłużania państwa na biliony złotych. I zamiast do tego programu dorzucić kilka chwytliwych haseł, pobudzić wyoraźnię wyborców na PRZYSZŁOŚĆ, to PO wciąż gada o PiSie, o przeszłości, o autostradach. No dobrze, autostrady są. I PKB też. Ale są też wyraźnie niezadowoleni wyborcy i dla nich nowy program PO stworzono. Dlaczego ktoś nie powie jasno i zwięźle, że na Platformę warto zagłosować nie dlatego, że rządziła nieźle, nie dlatego, że ewentualne rządu PiSu mogą być gorsze, tylko dlatego, że PO ma lepszy program na przyszłość. Dość. Nie jestem PR-owcem. Jest też dodatkowy, bardzo ważny dla mnie argument przeciwko PO. Partia, która rządziła przez osiem lat powinna od władzy odejść. Dla czystości reguł i porządku demokracji lepiej jest, kiedy politycy kontrolują się nawzajem. Oby się tylko nie kontrolowali za bardzo.

Pozostaje więc dla mnie wybór niejako naturalny – to znaczy lewa strona. Zjednoczona Lewica – uff. Darowałabym już tego Leszka Millera, którego traktowałabym raczej jako artefakt minionej słusznie epoki, przełknęłabym już jakoś tego Czarzastego, choć on z kolei kojarzy mi się wyłącznie z występami przed Komisją tzw. Rywina, ale pokrętnych wypowiedzi niektórych polityków tej partii na temat związków partnerskich, podatków i imigracji nie wybaczę parti chcącej się określać jako lewica.

Zostaje więc Razem, ale i ona nie przekonuje do końca. Tak, tak, wiem, Zandberg jest świetny, ale poza nim niewiele znam w tej partii osób, a ja, w przeciwieństwie do wielu moich rodaków, wolę polityków dojrzałych i takich, których już trochę znam. Młodzi ludzie z partii Razem po wyborach będą się musieli wykazać siłą charakterów, uporem i wytrwałością i kiedy dadzą się poznać lepiej wyborcom, to kto wie...

Należę do dużej grupy polskich wyborców ogłupiałych, zdezorientowanych i nieprzekonanych do nikogo. Kogokolwiek wybiorę jutro, to tak czy inaczej w moich oczach to będzie mniejsze zło.

O CZYSTOŚCI I PORZĄDKU

anetakruk

Od kilku tygodni w Rzymie, w okolicy, w której mieszkam od lat, rozgrywa się taka oto scena:


Wczesnym rankiem przybywają młodzi mężczyźni i kobiety, taszcząc ze sobą plastykowe worki z rozmaitymi rzeczami, rozkładają koce na chodniku i rozpoczyna się handel. Większość owych rzeczy została wcześniej wyciągnięta ze śmietnika, a tam, wiadomo, ludzie wyrzucają różne rzeczy, znajdzie się czasem i okazja – markowy ciuch w niezłym stanie, buty ze skóry, a we Włoszech kryzys w pełni, więc ktoś czasem coś kupi.


Po kilku godzinach na miejsce przyjeżdża Polizia Municipale, czyli tutejsza Straż Miejska. Towarzystwo szybko zwija koce, błyskawicznie pakuje swój dobytek do plastykowych worków i zwyczajnie ucieka. Pod blokami, barami tworzą się wtedy malownicze grupki – ludzie stoją i czekają, aż Municipale się znudzi i odjedzie, a wtedy oni natychmiast wracają na swoje miejsce i cała zabawa zaczyna się od nowa. Każdy dzień wygląda tak samo.


Czasem przy owym barwnym, nielegalnym rynku parkują samochody, których właścicieli trudno by posądzić o kłopoty z pieniędzmi – Mercedesy, Audi, BMW. Wychodzą z nich elegancko ubrani panowie lub panie (rzadziej) i kolejno podchodzą do ulicznych sprzedawców, zadając jakieś pytania. Nie interesuje ich zwartość worków, szukają Okazji. Okazja to na przykład najnowszy iPhone za sto euro, lub oryginalny Rolex bez gwarancji za trzysta. Gdyby ktoś zapytał sprzedawcę, skąd ma te przedmioty, to usłyszałby historię o niebywale szczęśliwym znalezisku na ulicy, ale prawda jest oczywista – są to rzeczy skradzione.


Wszystko tu jest jasne i proste – handel nielegalny, a pod jego płaszczykiem odbywa się sprzedaż przedmiotów skradzionych, a to właśnie drobne kradzieże i włamania, a także napady w biały dzień i przy użyciu broni są wielką plagą w Rzymie. Zdumiewa jednak całkowita bezsilność policji (która czasem się tu pojawia, a na widok której handujący znikają z podziwu godną skutecznością) i włoskiej Straży Miejskiej. Prawie wszyscy handlujący to imigranci, prawie wszyscy mają ciemną skórę – Egipcjanie, Etiopczycy, Syryjczycy, kilku rumuńskich Romów.


Jeszcze kilka lat temu okoliczni mieszkańcy, w większości rodowici (co to właściwie znaczy?) Rzymianie irytowaliby się na rząd, na władze miasta, na policję. Dziś zdumiewa poziom nienawiści i agresji wobec handujących. Od okolicznych sklepikarzy i przechodniów, pytanych o opinię, usłyszałam cały wachlarz obelg i przekleństw rodem z podręcznika neonazistów, wśród których określenia "do gazu", "wystrzelać wszystkich" wydały mi się najłagodniejsze. Agresja i niechęć wobec nielegalnych hanldarzy jest tak silna i powszechna że nieomal namacalna. I z całą pewnością nie pomaga to, że wczesnym popołudniem, kiedy handel się kończy, na ulicy poniewierają się nieszczęsne resztki nieudanych transakcji - tam dopiero można odnaleźć cały wszechświat odpadków - fragmenty kabli, wtyczki, ciuchy, zniszczone buty, i tysiące innych rzeczy. Całość wygląda jak jeden wielki śmietnik.

Pewnego dnia zaczepiłam takiego samozwańczego handlarza na ulicy, pytając z ciekawości, dlaczego, skoro już handlują nielegalnie, nie sprzątają po sobie. Zaczepiony mężczyzna, jak się okazało Egipcjanin około pięćdziesiątki, wzruszył tylko ramionami. Odparł, że to nie jego wina, tylko tych "brudasów z Afryki" (zastanowiłam się, czy Egipt wciąż leży tam, gdzie ostanio go widziałam, czy coś się być może zmieniło).

Mężczyzna okazał się byłym właścicielem firmy w Rzymie, którą prowadził przez ponad piętnaście lat. Kiedy przyszedł kryzys i firma utonęła w długach, mój rozmówca zerwał kontakty ze swoją rodziną w Egipcie, a teraz sypia na ulicy i dorabia w ulicznym handlu. Egipt, jak mi namiętne wyjaśniał, leży "prawie" w Europie i różni się zasadniczo od reszty Afryki, gdzie panuje chaos, nieporządek i bezprawie.

Przypomniał mi pewnego Rzymianina wyrażającego się z równą pogardą o Neapolitańczykach, którzy podobno byli "prawie Afrykańczykami", czyli "z natury" byli w jego opisie brudasami, w większości przestępcami, którzy nie szanują prawa. Zastanawiam się, czy są jacyś Szwedzi, Norwegowie lub Duńczycy, którzy tak postrzegają Polaków.

Pominę aspekt poszanowania prawa przez tak zwane "ludy globalnego Południa", bo o tym o wiele mądrzejsi ode mnie napisali wielotomowe traktaty, ale chcę się zastanowić nad tą dychotomią - brudasy i nie-brudasy, do której wciąż się wszyscy odwołują. Skąd się bierze ta obsesja czystości? I ta "czystość" podniesiona do rangi narodowego dobra, dotyka każdego aspektu życia - od czystego chodnika pod stopami do czystości rasy, ale wydaje mi się, że w gruncie rzeczy wyrażamy tak atawistyczną chęć bycia oddzielonym - nie tylko od tego, co inne, ale i od tego co ludzkie, co fizjologiczne, co w naszej cywilizacji coraz bardziej jest wyparte.

W Polsce widać to szczególnie na ogrodzonych, strzeżonych osiedlach lub na plażach, kiedy to oddzielamy się od siebie wzajemnie parawanami. Co będzie, kiedy do Polski kiedyś zawita kryzys? Co będzie, jeśli na utrzymywanie sterylnej czystości nie starczy pieniędzy, czasu ani sił? Co będzie, jeśli pojawią się bezdomni na ulicy, grzebiący w śmietnikach starzy ludzie, napisy na murach ogrodzonych osiedli? To oczywiste, że kryzys dotyka najpierw najsłabszych - czyli właśnie imigrantów.

Nie zrozumcie mnie źle - uważam w przypadku ulicznych sprzedawców, że siły porządkowe w Rzymie powinny poradzić sobie z nielegalnymi straganikami, jednak chcę zwrócić Waszą uwagę na coś innego. Po ostatnim "niespodziewanym najeździe" policji, ulicę, gdzie handlowano nielegalnie, po raz kolejny wysprzątano, a nawet poddano dezynfekcji. Oczywiście dzień później handel kwitł w najlepsze, więc wszystkie te bezcelowe i bezsensowne działania jeszcze zwiększyły frustrację i złość mieszkańców.

Co Wy o tym myślicie? Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii.

© Wiatr z Południa
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci