Menu

Wiatr z Południa

Blog o polityce oraz o ciemnych stronach Europy, o upadku Arkadii. Piszę o sytuacji we Włoszech i o Afryce, emigracji i kolonizacji, szukam odpowiedzi na pytanie - czym jest nasza zachodnia kultura i czy naprawdę zbliża się jej kres..? Mój blog wciąż się zmienia. Napisz, co o nim myślisz - anetakruk@gazeta.pl

O TYM JAK CHINY WYKUPUJĄ 5% POWIERZCHNI UKRAINY (i nie tylko)

anetakruk

 

Po dłuższej przerwie wróciłam wczoraj wieczorem do Kapuścińskiego. Czytam właśnie wywiad-rzekę, jaki przeprowadzili z nim redaktorzy "Tygodnika Powszechnego" Witold Bereś i Krzysztof Burnetko, wydany przez Świat Książki pod przewrotnym tytułem "Nie ogarniam świata".

Pierwszy rozdział dotyczy rozmowy przeprowadzonej dawno, prawie w poprzedniej epoce, czyli w 1991 roku i dotyczy Rosji. Znalazłam tam niezwykle interesujący cytat:

W tym kraju [Rosji – przyp. autorki bloga] są jakby dwa rodzaje biedy: jeden wynika z tego, że jest generalnie biedny kraj. Potencjalnie bogaty, ale faktycznie ogarnięty wręcz strukturalną biedą. (...) Gdy spojrzy się na XVII czy XVIII wiek, to co kilkanaście lat przychodziły klęski  masowego głodu. Rosja ma niedobre gleby. W dodatku ma straszny klimat. I bardzo krótkie lato. Zimny klimat i marne gleby sprawiają, że wydajność rolnictwa była zawsze niska. Stąd pęd, ekspansja na południe. Do ciepła. Dlatego tak ważna była i jest dla nich Ukraina. [podkreślenie – autorka bloga] Głód jest więc zjawiskiem chronicznym w tym kraju. Głód był ciągle, tylko mniejszy lub wiekszy. A niekiedy śmiertelny.[1]

I jeszcze jeden ciekawy fragment:

A Rosjanie to naród, który żywi się chlebem. Stąd problem ze zbożem w Związku Radzieckim. Chleb jest miarą wszystkiego – być albo nie być to znaczy mieć chleb lub go nie mieć. Głód zaczyna się, gdy nie ma chleba. Inne rzeczy są bez znaczenia, bo one i tak rzadko były lub nigdy ich nie było.[2]

Odległe czasy? Nieaktualne słowa?

Pod koniec września zeszłego roku rozeszła się wieść, że Chiny zakupiły trzy miliony hektarów ziemi uprawnej na Ukrainie.[3]  Oto jak o projekcie tym pisze polski Puls Biznesu:

Zgodnie z 50-letnim projektem, początkowo Ukraina udostępni  w dzierżawę, co najmniej 100 tys. hektarów – wielkość porównywalną do powierzchni Hongkongu – terenów rolnych o glebach wysokiej jakości we wschodnim regionie Dniepropietrowskim. Spożytkowane mają one być głównie pod uprawę zbóż i hodowlę świń.

Produkcja ma być sprzedawana dwóm chińskim państwowym koncernom zbożowym po preferencyjnych cenach.

W przypadku powodzenia projektu, może on być rozszerzony potencjalnie do 3 mln hektarów. Stanowi to 5 proc. całej ziemi na Ukrainie i 9 proc. użytków rolnych. Jest to więcej od powierzchni 50 państw na świecie i porównywalne m.in. z powierzchnią Belgii, Armenii czy stanu Massachusetts.[4]

Problem wykupywania ziemi uprawnej na świecie nie jest jeszcze dobrze zbadany, szczególnie, że dotyczy najczęściej krajów słabo rozwiniętych, gdzie rządy są dyktatorskie i rzadko kiedy transparentne. „Wall Street Italia” informuje na swoich stronach internetowych, że na przykład Egipt w 2008 roku wykupił ziemię w Ugandzie, Korea Południowa w Sudanie, Egipt w Rosji, a Chiny poza Ukrainą także w Sudanie i Tadżykistanie.[5]

Państwa, które mają problemy z przeludnieniem i brakami żywnościowymi, zamiast zawracać sobie głowę importowaniem jedzenia, kupują bezpośrednio ziemie poza granicami swych pańśtw i stają się właścicielami wszystkich zebranych tam plonów, skazując rdzenną ludność na głód i nieurodzaj. Problemem tym ostatnio zajęła się także FAO, która szacuje, że w ciągu ostatnich dziesięciu lat zmieniło właściciela ponad 227 milionów hektarów ziem, w tym połowa z tego została sprzedana w Afryce. ONZ alarmuje, że państwa, które gwałtownie się bogacą, za wielkie pieniądze wykupują ziemie w państwach biednych, gdzie już są problemy nie tylko z żywnością ale i z wodą.

Ale wykupywanie ziem pod uprawę soi czy kukurydzy wiąże się z jeszcze jednym wyzwaniem. Państwa zapewniające sobie tereny poza swymi granicami chcą przezwyciężyć w ten sposób swe uzależnienie od ropy naftowej, której ceny wciąż rosną. Tego typu inwestycje Chiny rozpoczęły już między innymi w Kongo i Zambii.

Niewątpliwie dwa tematy zdominują następne lata – problemy z żywnością i energią. Nic nowego pod słońcem, można powiedzieć.

Ten wpis miał być właściwie moim prywatnym komentarzem do przygotowywanego w Mediolanie w 2015 roku kolejnego EXPO, którego tytuł i temat to właśnie – „Pokarm dla Planety. Energia dla życia.”[6] Będę zatem miała okazję jeszcze nieraz do tego tematu powrócić.

 



[1] Kapuściński: Nie ogarniam świata., Witold Bereś, Krzysztof Burnetko, wyd. Świat Książki, Warszawa 2007, str. 17 (cały rozdział na stronach 15-42).

[2] Tamże, str. 35.

POLAKU, CZY PODZIELISZ SIĘ PIENIĘDZMI Z UKRAINĄ?

anetakruk

Majdan się rozchodzi, opozycja uchwaliła kilka niezłych ustaw, prezydent uciekł. Oklaski, panie i panowie - rewolucja zwyciężyła. Cieszmy się z obalenia reżimu. I płaczmy na grobach tych, którzy tej chwili nie dożyli. Bo taka jest historia i taka jest rewolucja. Szczególnie tu, na wschodzie zachodu.

Nie cieszmy się jednak za wcześnie, Ukraina właściwie wróciła do punktu wyjścia, bo niezależnie od tego, jak krytycznie oceniamy Janukowycza, to ktokolwiek przyjdzie po nim, stanie przed dokładnie tymi samymi dylematami - brać gaz i pieniądze od Rosji, aby przetrwać do następnej kadencji, czy karmić naród pięknymi bajkami o bogatej Europie, która nie może się wprost doczekać, aby przyjąć wolną i niezależną Ukrainę do swego grona. Obie drogi prowadzą do bankructwa lub gorzej jeszcze - do nowego Majdanu. Droga pośrednia, którą przez długi czas podążał Janukowycz, została całkowicie skompromitowana. 

Nim jednak polscy politycy udadzą się do Europy, aby prosić o nakreślenie "nowego planu Marshalla" dla Ukrainy, warto sobie dziś zadać jedno zasadnicze pytanie - Polaku, czy będziesz płacić wiecej do unijnej kasy tak, aby większe środki mogły zapewnić Ukrainie rozwój i spokój społeczny?

Nie łudźmy się, wiele państw, szczególnie Europy południowej, wciąż liże rany po kryzysie i zmaga się z protestami własnych obywateli - bezrobotnych, wkurzonych i rozczarowanych Europą. Nierzadko przez ich hasła przebija się protest w stronę Europy zjednoczonej, o to, że źle wydaje pieniądze, że za bardzo i za szybko się rozszerzyła, że na monecie Euro zyskały właściwie tylko Niemcy. Nieważne, czy protestujący mają rację czy nie - jedno jest pewne - trudno będzie przekonać ich do tego, aby Europa rozszerzała się na wschód, choć przecież na długą metę przyniosłoby to obu stronom korzyści. Podejmowanie takich decyzji wbrew opinii publicznej w poszczególnych krajach mogłoby być jednak wysoce niebezpieczne.

Czy kraje z północno i południowo-wschodniej części naszego kontynentu, czyli te, dla których takie rozszerzenie byłoby nie tylko opłacalne ekonomicznie ale i strategicznie, czy one są w stanie sfinansować potrzeby Ukrainy? Obok Niemców (których opinii nie znam), zostaną o to zapytani przede wszystkim Polacy.

Czas palenia świeczek i podawania sobie zdjęć na portalach społecznościowych w solidarności z Ukrainą się skończył. Nasze poparcie dla Majdanu a przede wszystkich dla tej jego części, która postulowała podążanie ku Unii Europejskiej zobowiązuje. Polska nie może poprzestać na gołych hasłach i paleniu świeczek. Przyszedł czas na gesty konkretne. Pytanie tylko, czy polski podatnik jest na to gotowy?  


WSCHODNI STRACH METAFICZNY

anetakruk

Ukraińska rewolucja i ogromne zainteresowanie, jakie towarzyszy jej w Polsce skłoniło mnie do kilku krótkich przemyśleń.

Wielu komentatorów, w tym również i mnie, kusi porównywanie do siebie różnych światowych protestów, które dzieją się, lub działy się niedawno między innymi w Brazylii, w Egipcie, w Turcji, w Tajlandii i w wielu innych miejscach na świecie.

Owe zapalne ogniska, których jest coraz więcej (że o zmasakrowanej Syrii nie wspomnę), budzą z konieczności nasz niepokój i troskę z jednej strony, z drugiej zaś wstydliwe uczucie ulgi, że u nas wreszcie jest spokój.

Media i portale społecznościowe zapewniają nam miejsce w pierwszym rzędzie na wszystkich krawych spektaklach. Oglądamy je z bliska, zaglądamy do ich trzewi, niemal czujemy gniew ludzi protestujących przeciwko politykom (tak, jakby to oni zawsze wszystkiemu byli winni, a tak nie zawsze jest, czasem są zwyczajnie bezsilni, lub zależni o potężniejszych od siebie partnerów).

Czujemy intuicyjnie, że te protesty coś znaczą, że mają jakiś wspólny mianownik, ale, jak to zwykle bywa, zbyt jesteśmy zanurzeni w naszej rzeczywistości, aby dostrzec zmiany, które zachodzą w otaczającym nas świecie. Jaki porządek wyłoni się z tego chaosu? Jaki świat? Te pytania wydają nam się ważne, ale nie wzbudzają w nas strachu.

Krwawe zajścia na Ukrainie gwałtownie zmieniły owo słodko-gorzkie poczucie bezpieczeństwa, tym bardziej że na naszych oczach odradza się ów upiorny cień starego podziału - tzw. zachód kontra Rosja. Niby ten podział uwidocznił się już kilka razy (między innymi w sprawie Syrii i Egiptu), ale był on jednak odsunięty od naszych granic na bezpieczną odległość.

Ukraina to jednak zupełnie inna historia.

Obserwujemy Majdan ze zgrozą i wielkim niepokojem, bo wszyscy zdajemy sobie sprawę, że we wschodnich przepychankach chodzi o coś więcej niż o przeznaczenie narodu Ukraińskiego, z którym słusznie się solidaryzujemy. Chodzi nawet o coś więcej, niż o walkę między zachodem a Rosją o strefy wpływów.

Gniew, frustracja, polityczne upadki i skorumpowanie elit politycznych, jeśli wszystko to razem znów wymiesza się na Ukrainie, a protest Majdanu - dziś, jutro, lub za rok ponownie zostanie skąpany we krwi, to poczucie euroatlantyckiego bezpieczeństwa Polski będzimy mogli włożyć między bajki.

Nic, co dzieje się za ścianą u naszego sąsiada nie jest nieważne. To, czy Ukraina będzie państwem spokojnym i tak demokratycznym, jak tylko to możliwe, będzie miało bezpośredni wpływ na nasze państwo.

Dlatego nie bądźmy obłudni w solidarności z Ukrainą, bo bezpieczna Ukraina to bezpieczna Polska. 

O CO CHODZI WŁOCHOM?!

anetakruk

 

Pytanie to, jakże trafne, zadał mi w komentarzu do mojego poprzedniego wpisu zaprzyjaźniony bloger http://danekstraszy.blox.pl/html. Pytanie to trudne, więc postanowiłam odpowiedzieć na nie szerzej.

Duża część włoskiej publiki patrzy na przyszłego nowego premiera Włoch z nieskrywaną nadzieją. Słyszy się, że ma on do parlamentu wnieść młodzieńczą energię, świeżą krew i nowatorskie pomysły. Będzie to jednak niezwykle trudne, bo zaśniedziałe mechanizmy władzy, skutecznie opierające się dotąd wszelkim zmianom pozostają przecież te same, ta sama pozostaje również parlamentarna większość koalicyjna, także partia centrolewicowa PD, z której wywodzi się Matteo Renzi, pozostaje ta sama.

We włoskiej polityce powiało jednak pewnym, nieco wymuszonym optymizmem. Wiele można powiedzieć o Matteo Renzi, ale na pewno nie to, że brak mu odwagi lub pracowitości. Włosi wierzą, że zdoła on przeprowadzić potrzebne reformy. Wierzą w to po części dlatego, że prawicowa tradycja mocno zakorzeniła tu wiarę w silnego wodza, światłego przywódcę, który ocali kraj.

Od kilku dni media prześcigają się więc w prezentowaniu sylwetki Matteo Renzi. Oglądamy więc szkołę, do której uczęszczał, boisko, na którym grał w piłkę, fryzjera, u którego się strzyże. Telewizja pokazuje wywiady z jego żoną, przyjaciółmi, współpracownikami a nawet z... babcią. Dziennikarze śledzą każdy jego krok, miotając się jak w jakimś zbiorowym syndromie DHD w ślad za nim między Rzymem a Florencją, gdzie wkrótce odbędą się wybory na burmistrza, następcę Matteo Renzi.

Trochę to wszystko jest histeryczne i nerwowe, pogłębione poczuciem bezsilności w sytuacji kryzysu politycznego, który nie jest ani przyczyną ani okazją, jest tylko efektem innego kryzysu – ekonomicznego, kulturalnego w kraju,  w którym wciąż wiele firm zamyka swe siedziby, by przenieść je za granicę, gdzie bezrobocie wśród młodych dawno przekroczyło 40%, a wzrost gospodarczy oscyluje wokół błędu statystycznego i wynosi około 0,1% a w 2014 roku będzie najprawdopodobniej naniższy w całej Unii Europejskiej.

Włosi zatem wierzą Matteo Renzi, wierzą, bo nie mają innego wyjścia.

Rzeczywistość jednak odbiega od pobożnych życzeń. Słyszy się we włoskich mediach wiele pięknych haseł takich jak „przyspieszenie”, „natychmiastowe zmiany” a sam Renzi zapowiedział skomplikowane reformy strukturalne w ciągu najbliższych trzech miesięcy.

Dwadzieścia lat zajęło włoskim elitom powolne grabienie i wycieńczanie jednej z największych, europejskich gospodarek, będąc niegdyś w awangardzie państw innowacyjnych, której symbol „made in Italy” był jedną z najbardziej prestiżowych marek na świecie. To tutaj narodziły się przecież Ferrari, Scavolini, Giorgio Armani, Lavazza, de Longhi i inne wielkie firmy.

Biurokracja, korupcja, niewydolność wymiaru sprawiedliwości i wysokie koszta pracy zadusiły we Włoszech możliwość konkurowania ze światowymi potęgami. Na naprawianie tego systemu nie wystarczą trzy miesiące. Nie wystarczy na to też jeden rok, ani nawet cała, pięcioletnia kadencja. Przed społeczeństwem włoskim długie lata ciężkiej pracy i wyrzeczeń, ale tego nikt – ani Matteo Renzi, ani Beppe Grillo, ani zmartwychwstały ostatnio z politycznego niebytu Silvio Berlusconi przecież Włochom nie powiedzą...  

© Wiatr z Południa
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci